Szaleństwo katalogowania [11 lat!]

Ostatnimi czasy mierzi mnie  „uważność”. Powtarzane do znudzenia i odmieniane przez wszystkie przypadki słowo synonimiczne z „ciekawością”, „zainteresowaniem”, ale też pejoratywnym „wścibstwem”, zdaje się „podążać” utartą ścieżką „diety bezglutenowej” i „coachingu biznesowego”. Zgodnie z zasadą, że im dane pojęcie jest bardziej nadużywane, tym szybciej traci wiarygodność i odkleja się od pierwotnego znaczenia. Jednakże musimy przecież opakować lingwistycznie nasz zwrot z konsumpcyjnej ścieżki ku sobie, dalej – nowemu, wspaniałemu światu „zero waste”. A dlaczego „uważność” tak mnie uwiera? Bo kulturowa presja, przymus formy, żeby być dla siebie dobrą, skupiać się na codzienności etc. rodzi we mnie wewnętrzny bunt. Nie chcę niczego „musieć”, obligatoryjnie cieszyć się wschodem słońca. Trochę ironizuję (wiadomo, że dbanie o naturę i siebie jest zdecydowanie lepszym pomysłem na życie niż bezmyślny konsumpcjonizm i atak serca – nawet jeśli przyczyną zmieniany nawyków są aktualnie panujące trendy), a trochę się miotam, bo etykiety, katalogi, język (nawet nadużywany!) – są tworzywem kultury, dalej tożsamości i kształtują nasz byt. Ja zaś jestem składową tego wszystkiego – czy chcę, czy nie chcę, biorę w tym przyjęciu udział. W „Czułym narratorze” Olga Tokarczuk definiuje „ognozję” – czyli umiejętność syntetycznego podejścia do problemów poprzez poszukiwanie porządków zarówno w samych narracjach, jak i detalach, drobnych częściach całości. Wiem, że cytując Tokarczuk próbuję ugryźć zbyt duże pojęciowe jabłko, ale krocząc (chciałam napisać „idąc” – ale „krocząc” jest takim mocnym i pewnym siebie słowem) bardzo na skróty – żyjąc w systemie, dostrzegając zależności i wzajemny wpływ poszczególnych elementów, już jesteśmy bogatsi o wiedzę i świadomość, że nic nie dzieje się przez przypadek i że mamy szanse na odznakę protagonisty, a słowa są naszymi brothers in arms. Reasumując: możemy zżymać się na definicje, które same w sobie tworzą ograniczenia i uogólnienia, z drugiej zaś strony pięknie porządkują nam świat. Z trzeciej zaś strony – winniśmy jako uczestniczy kultury, wiedzieć, że zawsze można, w oparciu o mniejsze/większe przesłanki redefiniować rzeczywistość (ewentualnie oddać się medytacji w bieszczadzkiej jaskini). Język jest przecież potężnym narzędziem. A dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo bez oceny, nazywania, katalogowania – nie istniejemy. Ważne jednakże, żeby nie zapominać o zmiennych i niuansach, żeby nie usztywniać się w granej roli do końca i bezrefleksyjne. Nie inaczej rzecz się ma z literaturą.

Do powstania tego wpisu natchnęły mnie dwie rzeczy. Pierwsza – to 11. rocznica istnienia „God save the book”. Druga – to lista moich najlepszych przeczytanych książek 2020 roku. Przez ponad dekadę jestem aktywną uczestniczką tzw. „życia literackiego”. Świadkuję zmianom technologicznych (blox, blogspot, własna strona, media społecznościowe – najpierw cesarstwo Facebooka, teraz zwycięski Instagram) i trendów gatunkowych (np. gdy zaczynałam, triumf święciła tzw. polska szkoła reportażu, a „Zrób sobie raj” Szczygła, czy „Farby wodne” Ostałowskiej – miały się dopiero ukazać). W końcu zaś jestem obserwatorką coraz wyraźniejszego przekraczania granic gatunków, ich redefinicji i ewolucji. W moim tegorocznym zestawieniu znalazła się m.in. książka Aleksandry Lipczak „Lajla znaczy noc” oraz „Argonauci” Maggie Nelson. Ta pierwsza to esej historyczny? Reportaż historyczny? Baśń? Ta druga zaś to mit? Wspomnienia? Esej także? Ale czy to ważne? Czy ma to dla nas znaczenie, gdy obcujemy ze świetnym tekstem? A jak do tego się mają m.in. funkcje estetyczne, czy poznawcze? A jak z wartościowaniem, w którym my Polacy mamy czarny pas, warto czy nie warto czytać coś oderwanego od rdzenia? Odpowiedź oczywiście znamy. Szaleństwo katalogowania – prawda?

Żegnaj Gienia, świat się zmienia, wszystko płynie, a i drugi raz nigdy nie wejdziemy do tej samej rzeki. Nie odkrywam Ameryki, nie jest to głos milowy w dyskusji o gatunkach literackich: o ich przeobrażaniu, przekraczaniu/zatarciu się granic opowieści, ale chciałam pewne rzeczy sobie uporządkować (o ironio!) oraz podzielić się wątpliwościami. Co jednak pozostaje stałe? Moja wiara w literaturę, w jej podmiotowość, mądrość pisarzy i pisarek. A zmiany są zawsze mają swoją przyczynę – obserwujmy, poznawajmy i czytajmy. Konieczne uważnie! Innego świata nie będzie. Innego świata nie mamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *