Gra w klasy. „Nie ma” Mariusz Szczygieł

IMG_20181104_142625.jpgNie ma arcydzieła, czy jest? Wybitne małe formy czy kicz emocjonalny? Czy media społecznościowe, w których Szczygieł jest bardzo aktywny, zabijają reportaż (jak sugeruje kolega z redakcji), czy mu sprzyjają? Rozmieniają na drobne i czułostkowe, czy ułatwiają relację z odbiorcą? A może jedno i drugie? Czy to dobrze, że znamy już większość tych opowieści, czy jednak w reportażu, jak w dobrej i rasowej powieści, puenta i fabuła są ważne/najważniejsze? Nie zaś, nazwijmy je uproszczeniu, walory literackie? Czy sama historia winna się bronić?  Pewnie po równo. Elementarne zatem pytania o gatunek. Banały i oczywistości. Miotam się strasznie, bo kilka dni temu skończyłam czytać „Nie ma” Mariusza Szczygła i toczę wewnętrzną walkę o klasyfikację i nazwanie tekstów, które się w książce znalazły. Słowo klasyfikacja być może upraszcza, ale natury ludzkiej nie oszukasz. Część z nich to rasowe reportaże – to jasne, ale reszta? A może te teksty jednak nie poddają się porządkowi i hierarchii? Tak zresztą sugeruje sam autor. I właśnie dlatego tak uwierają? Ale czy to dobrze? Czy może jednak fatalnie? Przyjrzyjmy się zatem pokrótce sprawie.

W tomie znajdują się dwa teksty o odejściu najbliższych – Trzydziesta noc i Rzeczy po prostu dzieją się. Pierwszy dotyczy śmierci kota. Drugi partnera. Ten drugi to mistrzostwo formy. Wstrząsający, z odpowiednio położonymi akcentami, emocjonalny do szpiku kości (fragment z Krecikiem rozkłada na łopatki). Po prostu rewelacyjnie napisany. Mówiący o śmierci przez szczegół – jak uczyła Szejnert. Ten pierwszy balansuje na granicy kiczu (niech wybaczą mi wszyscy kociarze!). Bo czytamy tam zdania: Tego się nie robi człowiekowi. Twardy jak luty etc. Przykłady można mnożyć. Ktoś powie – fragmenty wyrwane z kontekstu! Ale ten tekst nie mówi nic nowego. Niczego nie oferuje. Sprzedaje ckliwą opowieść. Być może potrzebny był autorowi. Przecież to jego książka. I tutaj można pójść o krok dalej i zapytać o rolę czytelnika w tym wszystkim. Bo kto jak kto, ale Szczygieł z czytelnikami ma świetny kontakt. Czytaj: wie co ich rajcuje a co nie. Wie, gdzie rozłożyć akcenty i na co postawić. Samoświadomość literacką Szczygła traktuję jako atut. Wtręty odautorskie także. Więc po co mu ten koci fragment?

I mogłabym śmiało pofolgować sobie na tym fragmencie (zresztą nie w tym jednym tekście  pojawiają się takie słabsze momenty), ale wtem czytam:

Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej.

(Hanna Krall właśnie do mnie napisała, żebym był czujny i nie formułował zbyt łatwo złotych myśli. A jeśli już, to z powątpiewaniem, zastanowieniem, znakiem zapytania, z bezradnością i jakby prosząc o radę).

Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej?

Zatem szach-mat? Szczygieł przeczuwa i reaguje?

I reportaże. Bo jednak mam poczucie, że to one są tutaj najważniejsze. A dobre są i wyborne. Nieznajomy wróg jakiś o siostrach Woźnickich, Gwiazda wszystkich willi czy kultowy już Śliczny i posłuszny, który jest jednym z najlepszych tekstów w historii polskiego non-fiction.

Jak zatem jest z tym Szczygłem? Czytać, czy nie czytać? Ukochać, czy porzucić?

Podczas lektury miałam dużo wątpliwości, później jeszcze więcej (zresztą ta chaotyczna quasi – recenzja doskonale to oddaje), ale myślę, że w ostatecznym rozrachunku Szczygieł wygrywa: autorefleksją, dobrym piórem i warsztatem, ładunkiem (a jakże!) emocjonalnym. Ale zacznijcie lekturę od reportaży właśnie. Jak u Julio Cortázara. Zagrajcie w klasy. Kto wie, gdzie was to zaprowadzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *