„Czas krwawego księżyca. Zabójstwa Indian Osagów i narodziny FBI” David Grann

Spróbujmy to sobie wyobrazić (albo chociaż uporządkować). Na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku Osagowie zostali przesiedleni ze swoich ziem w Kansas do rezerwatu w północno-wschodniej Oklahomie. Ziemia na której z nakazu władz się osiedli, była pośledniego gatunku (czytaj: skały aż horyzont i jałowizna taka, że niewiadomo co z tym począć). Jakże zatem wielkie musiało być zdziwienie przesiedlonych i przesiedlających, gdy to zapomniane przez boga miejsce, kilka dekad później, okazało się bogate w złoża ropy naftowej. Ba! To tutaj właśnie znajdowały się największe złóża w całych Stanach. Indianie zaczęli otrzymywać regularne dywidendy, których wartość wkrótce uczyniła ich najbogatszymi ludźmi na świecie. Wprost proporcjonalnie do zasobności kont rosła także liczba tajemniczych morderstw wśród członków plemienia. W roku 1925, gdy liczba ofiar przekroczyła dwadzieścia, młody i chudziutki jak przeciąg J. Edgar Hoover dostrzegł szansę dla swojego niedawno utworzonego Biura Śledczego. Ten niepozorny człowiek, który wkrótce miał trząść całymi Stanami, wiedział, że co jak co, ale dobra reklama to podstawa. Wysłał więc do Osage jednego ze swoich najlepszych ludzi – Toma White, który jak się wkrótce okazało, rozwiązał sprawę, ale także dał upust ambicjom swojego wszechwładnego szefa. Szczęśliwe zakończenie? Nie dla głównych bohaterów tej tragedii.

Bogactwo Osagów kłuło w oczy. Nagłówki prasowe grzmiały o indiańskiej plutokracji. Krążyły legendy o tym jak lekką ręką trwonią swoje bogactwo. Rząd postanawiał zatem ograniczyć rzekomą rozrzutność i przydzielić każdemu członkowi plemienia białego opiekuna, który miał trzymać pieczę nad majątkiem. Jeśli współmałżonek był biały, to wtedy on mógł zarządzać finansami. I tutaj zaczynają się schody a raczej clou całej historii. Opiekunowie kupowali, a potem sprzedawali towary swoim podopiecznym naliczając zbójecką marżę. Ba! Zabijali ich, żeby przejąć ubezpieczenie i prawo do ziemi. Nadużyciom nie było końca. A że do tego, na początku XX wieku, Indianie byli traktowali jak podludzie, nawet ci wyjątkowo bogaci, to do wskazania winnych nikt się nie palił. Do uczciwego procesu także (gdy koniec końcu do niego doszło).

Grann rozpisuje tę tragedię na trzy akty. Najpierw mamy zabójstwo Annie Brown w 1921, które stanowi punkt wyjścia do przedstawienia całego procederu. Następnie jest część poświęconą White’ow i powstaniu FBI. I trzecia, ostatnia mówiąca o pracy nad książką i o olbrzymiej skali całego „przedsięwzięcia”. Wtłaczając reportaż historyczny w kryminalne ramy, Grann zręcznie lawiruje emocjami i uwagą odbiorcy, jednak zdaje się zbyt łatwo sytuuje osoby dramatu po jasnej/ ciemnej stronie mocy. Jak w przypadku White’a, który okazuje się nieskazitelnym mężem stanu po kres swych dni. Bez uszczerbku na honorze. Takich przykładów jest znacznie więcej.

Tytuł „Czas krwawego księżyca. Zabójstwa Indian Osagów i narodziny FBI” jest na wyrost. Kilka wzmianek o Hooverze i jego koncepcji zarządzania nie czyni z książki almanachu Biura Śledczego. Co innego część historyczna, poświęcona zabójstwom. Tutaj Grann wykonał solidną (choć nie wyczerpującą tematu) pracę reporterską. Książkę, mimo niedociągnięć, czyta się sprawnie i z rosnącym napięciem, ale też oczekiwaniem wymierzenia sprawiedliwości – formalna pułapka Granna zatem działa. A czytelnik może czuć się, przynajmniej w warstwie narracyjnej, usatysfakcjonowany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *