Wszyscy jesteśmy z prowincji. „Wzgórze psów” Jakub Żulczyk. [Notatki z lektury]

Wszystko u Żulczyka jest przerysowane i lepkie. Zybork, scena całej opowieści, tonie w ciepłym i tanim piwie, brudzie oraz pretensjach wszystkich do wszystkiego. Mikołaj, główny bohater, meandruje pomiędzy heroiną, literaturą a Marvelowskim Punisherem.  Nie on jeden zresztą. Jakby czytelnik nagle znalazł się w cyrku i brał udział w kilku przedstawieniach jednocześnie, nie wiedząc na czym zawiesić oko. Prawdziwe bestiarium ludzkich nieszczęść i opowieści. Tu zbrodnia, tam zbrodnia. Pościgi z bronią, dobro i zło, miłość i zdrada. I można się nabrać, że prowincja taka właśnie jest: skażona zapomnieniem i frazami Paulo Coelho, ale potem przychodzi zrozumienie, że: Największe przeoczenie to wziąć coś za oczywistość. „Wzgórze psów” to brutalna, dobrze skrojona, kryminalna baśń dla dorosłych.
Nieprzypadkowo Żulczyk korzysta z konwencji literatury popularnej. Thriller bowiem żongluje uwagą czytelnika i daje złudną nadzieję, że wszystko jakoś szczęśliwie się skończy, a przynajmniej wyjaśni. To pozwala odbiorcy brnąć nieprzerwanie przez odmęty fabuły. Jest zbrodnia, winna też być kara. Tak jest w biblii, ale nie na polskiej prowincji. Tutaj rządzi burmistrzowa, gangsterzy i forsa (kolejność dowolna). Gdy więc po wielu latach wraca z Warszawy do Zyborka Mikołaj, autor bestsellerowego paszkwilu o rodzinnym mieście, zostaje wciągnięty w sam środek bagna wzajemnych pretensji i złości. Musi stawić czoła wszystkim i wszystkiemu: ojcu, przeszłości, zbrodni i nowej książce (to ostatnie jest chyba dla niego najgorsze). Towarzyszy mu Justyna – młoda dziennikarka – zredukowana z etatu na umowę o dzieło. Ona jest z poza układu i dlatego ma być dla czytelnika racjonalną odskocznią, ale szybko staje się częścią tej fantazmatycznej historii. Kurzy się i zapada w odmęty narracji. Godną uwagi postacią jest też ojciec głównego bohatera – Tomasz. Patriarcha rodu, ostatni sprawiedliwy, który kilka lat wcześniej wolny czas spędzał głównie na piciu wódki. Teraz wytrzeźwiał i próbuje nakreślić wyraźną granicę pomiędzy dobrem i złem.
„Wzgórze psów” to opowieść, która fascynuje i odrzuca jednocześnie. Jak serial Black Mirror. Chce się więcej i więcej, mimo obezwładniającego poczucia grozy i obrzydzenia. Bo Żulczyk jest całkiem dobry w kreowaniu nietuzinkowych światów, postaci i scen. Jego sensualna i giętka proza udanie oddaje uroki i mroki polskiej prowincji, Polski.
A może wszyscy musimy być w opozycji? Wszyscy w Polsce? Może wszędzie, w każdym Zyborku, w każdym Radomiu, w każdej Warszawie ludzie muszą się z czymś bić, bo inaczej już nie potrafią? Bo to bicie się jest jak krew? Bo świadomość tego, że jest się wolnym, wyparował już z puli genów? Akcja i reakcja. ] Atak i obrona. Mądrość i głupota. Dwa psy.

7 komentarzy

  1. Mam po lekturze "Wzgórza psow" męczące poczucie że autor się rozpisał – pisał i pisał, z rozmachem kreśląc wątki, bohaterów, cały ten lepki świat prowincji, a gdzieś na w okolicach 400 strony sam się zorientował, że w sumie to i on nie wie kto zabił i kto stoi za porwaniami. Ence pence w której ręce i padło że z tatusia robimy mściciela – to bym jeszcze przełknęła, ale nagła przemiana głównego bohatera w kolejnego mściciela, niczym nie uwarunkowana, kompletnie niewiarygodna zupelnie mnie nie przekonała. Gdyby to była prawdziwa prowincja, to nikt nigdy by się nie dowiedział, kto zabił, wszystko by się rozeszło po kościach i zostało zgrabnie zamiecione pod dywan.

  2. Znakomita większość postaci – jeżeli nie wszystkie – Jakub Ż. poprzebierał w swojej wyobraźni w przeróżne kreacje i – niestety – postanowił się tym podzielić. Za każdym k.. razem.
    Do tego stopnia, że jemu współcześni, mając problem z wyborem ciuchów na wieczór, podają sobie „Wzgórze psów” mówiąc:
    – Nie kombinuj tylko wybierz coś z Żulczyka….!
    Podobno jakiś Szejk płaci milion dolarów za znalezienie postaci, której Żulczyk nie „ubrał”.

    Do tego żałosny wręcz brak finezji w wulgaryzmach. Część na siłę, część zbędna, a najczęściej sztuczna. To bardzo marnie wypada…

    W „Ślepnąc od świateł” zachował JŻ przyjemne proporcje. We wzgórzu rozjechał się po całości. Wszystko z emfazą, każda powszechna pierdoła potrafi wywołać u autora lawinę metafor, od których aż mdli…
    Nie rozumiem kompletnie zachwytu.

    Do tego te druty w kręgosłupie, owinięte na żołądku, czy inne kretynizmy.
    I w tej recenzji to samo – aż pomyślałem, że Żulczyk sam pisał – „tanie piwo”.
    „Łyk taniego piwa” zamiast „łyk piwa”.
    To jest koloryzacja tak niskich lotów, że aż trudno z czymkolwiek porównać, takie disco polo literatury…
    No ale są fani, jak widać.

    „Wzgórze psów” – wyrzucony pieniądz i zmarnowany czas.

    1. Na szczęście książkę pożyczyłam a nie kupiłam. Ale już serio.
      Nie czytałam nic nigdy Żulczyka, więc trudno mi się odnieść. Dla mnie było to prawdziwe odkrycie – język, styl, ubieranie. To jego wymęczenie fabułą etc. wzięłam za celowy zabieg. Jest brutalnie, naturalistycznie i dobrze. Jak dla mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *