Wolne sądy. O „Alchemii słowa” Jana Parandowskiego

IMG_20200501_110747Książki o książkach są dla fetyszystów. Dla tego rodzaju czytelników którzy, gdy akurat nie mają nic lepszego pod ręką, podpierają się lekturą etykiety majonezu. Sama obecność liter działa na nich kojąco. Czytają zawsze i wszędzie, niezależnie od okoliczności. To plemię, które ma dwie równorzędne ojczyzny: literaturę i prozę życia. Jest to grupa otwarta, ufna, choć wymagająca (po prawdzie – nieobcy jest jej też patogenny snobizm i krzyczący krytycyzm). Czy zatem ktoś, kto należy do takiego stada, może wyobrazić sobie lepszą lekturę niż „Alchemia słowa” Parandowskiego? Szczególnie zaś, gdy już przeczytał takie standardy jak: „Ex libris. Wyznania czytelnika” Anne Fadiman, czy „Młodszego księgowego” Dehnela? Dalej jeszcze „Książkę o czytaniu” Justyny Sobolewskiej, „Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka, czy w końcu dzienniki Sándora Máraiego i „Kalendarz i klepsydrę” Konwickiego… ?

Po książkę autora „Mitologii” sięgnęłam więc z wielkim entuzjazmem. W trakcie lektury ołówek aż grzał się od podkreśleń, a co druga strona do dziś nosi ślad zagiętego rogu. Nie sposób było się nie uśmiechnąć, gdy czytałam o kawowych nałogach Balzaka, dziwactwach Goethego (nie lubił psów – co niepojęte oraz czosnku – co zrozumiałe). Nie dowierzałam, gdy Mroczny Mistrz Conrad perorował: Dobrym pisarzem jest ten, kto patrzy bez wyraźnej radości lub przesadnego smutku na przygody swej duszy wśród krytyk. Autor „Lorda Jima” musiał, o czym jestem przekonana, wypowiedzieć te słowa w głębokiej malignie, ewentualnie u sławy swej szczytu lub po prostu nie znał atmosfery panującej na salonach literackich (na pewno nie tych polskich)… . I mogłabym długo przywoływać różne zacne anegdoty, bo tekst Parandowskiego naprawdę sprawił mi przyjemność (choć z kilkoma zastrzeżeniami), ale pod koniec lektury zdarzyło się coś, co zaburzyło cały jej odbiór. Na ostatnich stronach wydawca zdecydował się umieścić dwa teksty: „Przeciw Parandowskiemu” Jacka Dehnela i „Za Parandowskim” Krzysztofa Zajasa. Bez ostrzeżenia odebrano mi przywilej krytycznej rozprawy. Cała robota została wykonana. Można się rozejść. A ja dowiedziałam się, co powinnam myśleć o książce.

Dehnel pisze, że „Alchemia słowa” to ramotka, kolonialny, mizoginiczny wyrzut sumienia i rozpoetyzowane pierdololo. Zajas zaś: Świetna książka! Zarazem lekka i erudycyjna, głęboka i przystępna, sprawnie napisana i przepełniona wiedzą. Pewnie, że w trakcie lektury zauważyłam m.in., że jest Percy Shelley, a brakuje Mary Shelley (nie mówiąc już o Mary Wollstonecraft), że kobiety występują w roli zołz a mężczyźni, jako szlachetni twórcy etc. Przykłady mogę mnożyć, ale przecież nie o to chodzi. Rzecz w tym, że jako czytelniczka zostałam pozbawiona prawa interpretacji. Jasne, mogłam tego nie czytać, ale zostało to w jakimś celu opublikowane. I wiem przecież, po co są posłowia i przedmowy – ale tutaj otrzymujemy nie wskazówki, ale nakazy. Kawa na ławę. Plus w pakiecie konflikt tragiczny: jeśli nie zgodzę się z autorem „Młodszego księgowego”, to będę niewrażliwą kolonistką, mizoginistką? A jeśli z Zajasem, to będę miała w poważaniu ważny tekst kultury? Choć i tak wiadomo, że przekaz negatywny jest silniejszym przekazem. Nie wiem, jaki był cel wydawcy (kontrola? Autokrytyka wytrąca oręż przeciwnikom? Może bardziej szlachetny motyw – szczerość? Myślę, że mimo wszystko, nie stoją za tym złe intencje), ale poczułam się jak dziecko wtłoczone w instytucjonalny system nauczania – kreatywność i samodzielność myślenia nie są mile widziane, zdanie nauczanego nie jest istotne. Nie da się tego „odzobaczyć” i „od pamiętać”. A każda nowa próba odczytania „Alchemii…” , będzie tylko stąpaniem po śladach Dehnela i Zajasa. Mało pasjonujące i atrakcyjne.

Dlaczego zatem nie ufa się inteligencji czytelników i czytelniczek? Dlaczego nie zostawia się im przestrzeni na to, żeby sami boksowali się z tekstem i uruchamiali własne kompetencje?[1] Często też w mediach społecznościowych czytam, że ktoś musi się tłumaczyć z tego, że jakaś książka mu się podobała lub nie. Tak jakby istniała jedyny słuszna interpretacja[2]. Prawa „zwykłego” odbiorcy książki kończą się wraz z jej zakupem. Z drugiej zaś strony w recenzjach, opiniach o książce dostrzec można coraz „mocniejsze” słowa: przymiotnik „kongenialny” mnoży mi się w oczach, zaś na drugim końcu funkcjonują zdania: „Kupa nie książka”. Z zadziwiającą łatwością ferujemy wyroki, wyśmiewamy czyjeś wybory. Zdaje się, że język debaty politycznej gładko przemknął do, zdawać by się mogło, hermetycznego i niszowego świata literatury. Internet stał się areną walki – nawet dla „zawodowych” krytyków, którzy, żeby się wyróżnić, muszą coraz głośniej „krzyczeć”. Brakuje miejsca na wirtuozerię słów i soczysty dowcip. I skąd tyle nieufności? Problem jest bardziej złożony niż tych moich kilka lichych linijek tekstu, ale spróbujmy przez moment się nie złościć. Na siebie, na bliskich, na krytyków i krytyczki, na autorów i autorki, na sąsiada. Po prostu cieszmy się lekturą. Na swój sposób. I czytajmy (także) Parandowskiego.

 

[1] Przynajmniej na początku, zanim skusimy się sięgnąć po krytycznoliteracki tekst i wspomożemy „zawodowcami”, ale to już według uznania i na własnych warunkach.

[2] Tak, jestem świadoma twardych i uniwersalnych narzędzi krytycznych, ale pamiętajmy, że każdy podchodzi do książki z własnym bagażem doświadczeń i własną wiedzą. Nie każdy jest też absolwentem polonistyki (dzięki bogu!).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *