Lem wielokrotny. „Lem. Życie nie z tej ziemi” Wojciech Orliński

Błoński wskakuje Lemowi na plecy. Ten Błoński właśnie temu Lemowi! A wiek już mają słuszny. Ten pierwszy robi to dla żartu i z przekory. Ten drugi panikuje, bo w wyniku wojennej traumy z wielkim trudem znosi bliskość drugiej osoby. Barbara Lem słysząc odgłosy szamotaniny przerażona wbiega do gabinetu męża. Panowie na jej widok się uspokajają. Już dziś pewnie nie wrócą do rozmowy o sprawach wielkiego kalibru (strukturalizm, cybernetyka, części do Fiata 1800, dewizy, krakowskie plotki, istota zła itp.) Jutro zaś zrobią to na pewno. Zresztą, co tu dużo gadać, takich kłótni już nie ma (wódki zimnej i pożywnej – też nie oczywiście). I przyjaźni teraz takich jak na lekarstwo. Nie dziwi zatem, że Orliński zazdrości (ja zresztą też – nie ma sensu się oszukiwać!) a potem, że to wszystko opisuje. Życie Lema opisuje. I to jak! Z pasją, oddaniem, fascynacją, godnym podziwu krytycyzmem i znaną wszystkim frazą i metodą – czyli nic o Lemie beze mnie. I w ten sposób „Lem. Życie nie z tej ziemi” to jedna z lepszych biografii jakie wydał na świat polski rynek wydawniczy. I przysięgam na sepulki – nie ma w tych słowach ani krzty przesady.

Orliński w chronologii jest nad wyraz przykładny. Na początku mamy więc opływające w luksusy, choć samotne dzieciństwo Stasia. Potem wojna i nieodkryte dotąd, traumatyczne karty lwowskie (ciekawostka: w czasie okupacji powstała pierwsza książka s-f Lema „Człowiek z Marsa”). Od 1945 Kraków (Choynowski pomógł Lemowi zrozumieć naukę. Turowicz całą resztę) w którym, z małą przerwą na Wiedeń, Lem mieszkał do końca życia. To tu nawiązał przyjaźnie ze wspomnianym wcześniej Błońskim, Szczepańskim, Mrożkiem… Ba! Gościł nawet na kolędzie młodego Wojtyłę. To tu urodził się Tomasz i większość dzieł Lema. W Krakowie też pisarz zmarł, lecz zanim to zrobił , przykazał żonie (jednej jedynej) umieścić na pomniku sentencje łacińską, która tłumaczona na polski brzmi: Zrobiłem, co umiałem. Niech więcej zrobią zdolniejsi.

Jak już wspomniałam Orliński biografię Lema staranie cyzeluje przez osobiste doświadczenie. Pisze o przywiązaniu do pisarza i do jego twórczości. Robi to z podziwem i humorem. Nie boi się obnażać potknięć swoich (np. że we wcześniejszej pracy nie zbadał dokładnie życia pisarza we Lwowie) i Lema. Choć pomyłki/omyłki i niedoskonałości tego drugiego, to sprawa raczej mocno anegdotyczna i okraszona (czarnym) humorem:

(Władysławowi) Kapuścińskiemu Lem napisał, że gdy Niemcy komplementowali jego znajomość niemieckiego, odpowiadał im, że ma znajomość raczej bierną, po podczas okupacji było wiele okazji do słuchania, ale nie wiele do odpowiadania.

Albo:

Jerzy Jarzębski opowiada pyszną anegdotę o tym, jak Lem skrytykował jego esej na swój temat, w którym Jarzębski przedstawił konwencjonalną interpretację „Wizji lokalnej” jako zimniej wojny. „Przecież sam mi Pan to powiedział”, odparł zaskoczony Jarzębski. „nie trzeba było mi wierzyć!”, odpalił Lem.

Reasumując: biografia Lema to rzecz pyszna. Orliński świetnie potrafił wykorzystać potencjał autora i stworzył książkę mądrą, ciekawą i niebanalną. Bez patyny i patetyzmu. Za to z pasją i szacunkiem.

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *