Matka odchodzi. „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcin Wicha

Książki były naszym tłem. Tkwiły w każdym kadrze. I jeszcze: Mówiła:Kupię ci każdą książkę, przynajmniej nie jesteś kretynem. W świecie, gdzie wszystko jest blagą, jedyną stałą zdaje się być literatura[1]. Choć i ona zawodzi. W obliczu śmierci zaś szczególnie. Po odejściu matki – nadrzędnie. A książki, które po niej pozostały to tylko makulatura:

Modne powieści, które wyszły z mody. Lektury spoza listy lektur. Wybrane tomy dzieł zebranych. Pokój bez wojny. Początek końca świata szwoleżerów. Niekompletne dzienniki. Zapomniane debiuty. Nierozcięte tomy esejów.

Wicha żegna się z matką w sposób szczególny. Wspomina drobne gesty, słowa wypowiedziane i napisane, ułamki zdarzeń. Bo tyle/aż właśnie dziedziczymy po zmarłych. Ci zaś co zostają lepią z tych okruchów „(nie)poradnik”, który niosą później przez życie:

– Uczyła, że od rodziny ważniejsi są przyjaciele. Że liczyć można tylko na koleżanki z liceum.

– Rodzice nigdzie nie jeździli. Kupowali książki.

– „Emma” to był znak ostrzegawczy: Uwaga, spadek nastroju. Czarna flaga, wyciągnięta na maszt.

– Matka bywała pamiętliwa. Ostrożnie gospodarowała wyrozumiałością. Jednak potrafiła znaleźć w  sobie pokłady zrozumienia i łagodności, kiedy chciała komuś dokuczyć.

– Nie była potworem. Wcześniej niż my zauważyła pułapki, jakie czyhały w sentymentalizmie.

– Nie pozwalała kombinować ze sławami [wyróżnienie moje].

Wicha pisze o matce pięknie i przejmująco. Z rozwagą, ale też, zgodnie z matczyną zasadą, bez tkliwości. Nie szasta epitetami. Waży każde słowo – każde jest istotne. Co ciekawe, to nie żydowskie korzenie matki są osią narracyjną, ale stanowią uzupełniające, ważne rzecz jasna, tło. Bowiem jego rodzice skupiali się w głównej mierze na trwaniu (przetrwaniu) w komunistycznej Polsce. Błąkając się po polu minowym ówczesnej kultury do poziomu sztuki wynieśli awantury z urzędnikami i wszelkiej maści przedstawicielami „sektora usługowego”. Holokaust był dla nich historią wyjściową, którą podaje się dalej – jak gorący kartofel:

A wy jak powiedzieliście? (…) Przejeżdżaliśmy koło żydowskiego cmentarza i samo wyszło. (…) I jeszcze Tuwima dorzuciliśmy na pociechę – chichocze ojciec.

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” to mądrą i wyjątkowa książka o pamięci i tęsknocie. O trudnym umieraniu (szczególnie zaś w polskiej rzeczywistości). O tych, co zostają. I o tym, co zostaje. O drobiazgach ważkich i nie.

Po jej śmierci znalazłem złotą monetę. Na szmalcownika.

*Uwaga spoiler: Z całą pewnością książka ta znajdzie się w przyszłorocznym finale Literackiej Nagrody Nike. Zresztą powinna zgarnąć wiele nagrody.

[1] Tak, mimo 32 lat wierzę, że literatura ma potencjał sprawczy i naprawczy.

2 komentarze

  1. Ja od siebie i Karakteru dokładam "Ruiny i zgliszcza", też bardzo duży kaliber literacki. Porusza.

    A tak a propos przypisu:

    "Tysiąc prawd za prawdę,
    która zawrze w sobie nić,
    tej po której znajdę,
    drogę którą iść
    Za jedno słowo,
    które wymową
    zwycięży milion
    nic nie znaczących słów "

  2. Zainteresowałam się tą książką chociaż wcześniej nie słyszałam o niej w ogóle.
    Od siebie polecam książkę "Zatrzymać dzień" – jak dla mnie numer 1. Jest to książka, która przywraca nadzieję, motywuje nas do nie poddawania się. Prawdziwy skarb. Szczerze polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *