Walka konserwatystów ze zdrowym rozsądkiem. „Ginekolodzy” Jürgen Thorwald

Kilkudniowe porody zakończone śmiercią rodzącej; przecinanie spojenia łonowego podczas zbyt długo trwającego porodu; nieuzasadnione obawy lekarzy przed stosowaniem narkozy podczas porodu ponieważ, jak donosiło brytyjskie czasopismo „Lancet”: kobiety po znieczuleniu odczuwają podniecenie seksualne; wcieranie żrących past w brzuch, żeby pozbyć się torbieli; hołdowanie „religijnym” praktykom, które mówiły: że kobieta winna rodzić w bólach  i nawet, gdy ta może nie podołać kolejnemu porodowi musi się poddać woli bożej i mężowskiej, gdy ten ostatni zażąda od niej spełnienia małżeńskiego obowiązku (bo przecież piekło gorsze!); purytański sprzeciwy wobec kontroli płodność a niewydolność finansowa najuboższych rodzin; przypadek czternastoletniej Brytyjki Milli Brown w brutalny sposób zgwałconej w 1938 roku, który doprowadził do liberalizacji ustawy antyaborcyjnej na Wyspach i później w Europie; rad i rentgen; rak i metody leczenia nowotworu; antykoncepcja i zamieszanie wokół; dalej strach, panika i śmierć wielu, wielu kobiet, który były następstwem brawury i nonszalancji „damskich rzeźników”, jak niegdyś nazywano ginekologów. Ale też odwaga pierwszych pacjentek, który poddały się i zaufały lekarzom gotowym zaryzykować własną karierę i reputacje, by tylko ulżyć cierpiącym pacjentkom. O tym wszystkim właśnie jest świetna, przejmująca i wyjątkowo bolesna (psychicznie i fizycznie) książka Jürgena Thorwalda, ukazująca rozwój ginekologii – od XIX do XX wieku.

Czytając „Ginekologów” można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z medycznym, i zdawać by się mogło fikcyjnym, horrorem. Lecz na nieszczęście wszystkie opisane przez autora zdarzenia miały miejsce. Kobiety przez wieki traktowane jak pacjenci gorszej kategorii, rodziły i umierały w bólach. Bo tak chciał kościół i purytańska kultura, która dosłownie i bezrefleksyjnie traktowała słowa Biblii. Poród często oznaczał śmierć rodzącej. Przyzwolenie społeczne i ignorancja zdecydowanie wpłynęły na rozwój badań i stan wiedzy na temat kobiecego ciała. Musiało upłynąć sporo czasu zanim medycy na poważnie i na serio zaczęli badać i przyglądać się swoim pacjentkom. Bez wątpienia zaważyły na tym takie zdarzenia, jak to którego bohaterką była sama królowa, i które to stanowiły kroki milowe w walce z konserwatywnym frontem (o ironio!):

Królowa Wiktoria, najwyższe wcielenie purytańskiej czystości, podczas porodu swojego ósmego dziecka, księcia Leopolda, uznała bóle porodowe za argument mocniejszy niż wszystkie biblijne cytaty. Zażądała chloroformu i 7 kwietnia 1853 roku urodziła, nie czując bólu. Odtąd przeciwnicy znieczulenia poszli na ugodę.

Thorwald oskarża i nie pozostawia na tych medykach, którzy przez wiele lat (wieków) przekładali zapisy kościoła nad życie i zdrowie kobiet, suchej nitki. Jednocześnie wysławiając tych, którzy odważyli się sprzeciwić obowiązującym regułom, i tym samym często narażając się na ostracyzm społeczny. Pisząc o rozwoju chirurgii, aseptyki, narzędzi medycznych i diagnostycznych pisze o triumfie i porażkach ginekologii w taki sposób, że trudno się oderwać i przejść obojętnie. Bo w tej książce jest dużo uzasadnionych emocji i złości. Złościłam się i ja – bowiem przeszłam naprawdę trudny poród i wiem, jak ważna, i czy czasem nie najważniejsza jest dobra wola lekarza i jego zdrowy rozsądek. „Ginekolodzy” to książka, której się nie zapomina. To książka, którą trzeba znać.

13 komentarzy

  1. Przeczytałam własnie tę książkę. Robi wrażenie, a mój odbiór był tym mocniejszy, że kilka tygodni wcześniej sama miałam operację ginekologiczną. Kocham nasze czasy!

    A tak na marginesie – wyszła Ci literówka roku, "rżące pasty" rządzą 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *