Literatura, gruba forsa i cała reszta. „Co nas nie zabije” David Lagerkrantz

Wyobraźmy sobie przez moment sytuację niemożliwą. Sytuację, w której „Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza traktujemy jako niezależny byt. Gdy nie dana nam jest wiedza o tym, że jest to czegokolwiek i jakakolwiek kontynuacja; że autor podjął się zadania napisania dalszej części „Millenium” dla grubej forsy; a gdy pisał właśnie „tę książkę!” to kontaktował się z wydawnictwem szyfrem, żeby (broń boże!) nikt przed ukończeniem pracy jej nie przeczytał. Jeśli pozbędziemy się tego naddatku, to otrzymam poprawną, żeby nie powiedzieć przeciętną powieść, która do połowy jest metodycznie nudna, a od połowy – gdy na scenę wkracza Salander- całkiem przyjemnie umila czas. Jeśli zaś przypomnimy już sobie o całym tym marketingowym i promocyjnym szumie, to otrzymamy również! całkiem przeciętną powieść, która mimo swych ograniczeń sprzeda się na całym świecie w setkach tysięcy egzemplarzy (myślę, że nawet siedmiocyfrowa liczba nie jest w tym przypadku imaginacją i nadużyciem), gdyż na okładce umieszczono dwa kluczowe słowa „Milennium” i „Larsson”.  I co oczywiste – zarobi wspominaną już na początku grubą forsę – clue całej tej sprawy. Ale w ostatecznym rozrachunku, to wcale nie taki obciach, że książka ta wywoła dyskusję, że świat podzieli się na przeciwników i zwolenników Lagercrantza, że w końcu trafi w ręce dużej grupy odbiorców. Bo ważne, że nawet ci tzw. czytelnicy okazjonalni/świąteczni coś ugrają/wygrają/przeczytają. Biorąc pod uwagę ten utylitarny i egalitarny czynnik – Larsson-Larsson byłby dumny i całkiem usatysfakcjonowany, a Larsson-Lagercrantz może czuć się rozgrzeszony.*

„Co nas nie zabije” to powieść o obłudzie i zakłamaniu amerykańskich służb specjalnych, które nadużywają władzy i wpływów, ale też o demonach z przeszłości, które wracają w najmniej, jak zwykle zresztą, niespodziewanym momencie. Na trop afery związanej z manipulacją danymi, wpada nie kto inny jak Lisabeth Salander oraz profesor Frans Balder, który prowadzi także badania nad sztuczną inteligencją. Profesor jest ojcem autystycznego chłopca Augusta posiadającego niebywałe umiejętności matematyczne i którym, na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Lisabeth musi się zająć. Mikael Blomkvist tymczasem próbuje uporać się ze złą passą i ponownie znaleźć wielki i przełomowy temat, który pozwoli wyrwać „Millenium” z rąk bezlitosnego koncernu prasowego. Los zatem ponownie skrzyżuje drogi tych dwojga, żeby wspólnymi siłami mogli uratować ludzkość przed czyhającym (prawicowym) złem i sprawić, że na świecie będzie królować pokój i sprawiedliwość.

W książce Lagercrantza dominuje elegancja i nie ma w niej miejsca na kurz oraz brudne kubki po kawie. Większość zbrodni odbywa się w higienicznych, cybernetycznych przestrzeniach a bohaterowie, zarówno Lisabeth i Mikael, to superbohaterowie z supermocami żywcem wyjęci z komiksów Marvela. Powieść pozbawiona jest natomiast prawdziwego, kryminalnego mięcha umożliwiającego utożsamienie się z bohaterami. Trzeba jednak oddać autorowi, że bardzo dobrze zrobił oddając, od czasu do czasu, głos złym postaciom oraz że rzetelnie odrobił lekcję z matematyki i informatyki. Reasumując: „Co nas nie zabije” to solidnie, lecz odtwórczo wykonana praca domowa. Ocena końcowa: dostateczny plus.

*Bo w ostatecznym rozrachunku lepiej zarabiać na literaturze niż np. na handlu narkotykami [sic!].

13 komentarzy

  1. Przeczytałam dwa pierwsze tomy z oryginalnej serii Millenium i owszem, to dobra proza, gatunkowa, trzymająca w napięciu. Na "Co nas nie zabije" raczej się nie skuszę – nie przekonują mnie kontynuacje pisane ręką innego autora. Podobne przypadki już były i nie wychodziły raczej książkom na dobre.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *