„Zatrute ciasteczko” Alan Bradley

„Hasło: Arszenik! Czyli Flawia Mścicielka z Kucykiem”

Po latach poszukiwań, po przeczytaniu setki (tysiąca!) lektur, po dłużyznach Orzeszkowej, po Sienkiewiczowskiej brawurze i chałturze, po zielono-wzgórzowych podnietach Aneczki, po pierwszych słodko-gorzki lekturach Siesickiej, po sanatoryjnych klimatach Manna, po alkoholowych ciągach Pilcha, w końcu znalazłam moje literackie alter ego: Proszę Państwa! Oklaskami powitajmy Flawię de Luce!

Flawia to główna bohaterka „Zatrutego ciasteczka” (pierwszy z pięciu tomów). I to bohaterka nie byle jaka. Ta jedenastoletnia dziewczynka, to nieprzeciętnie inteligentna, dowcipna, potomkini znamienitego, aczkolwiek podupadającego angielskiego rodu, która uwielbia chemię, szczególnie zaś jej dział poświęcony truciznom. Flawia jest półsierotą (jej matka Harriet tragicznie zginęła w Tybecie, gdy Flawia była jeszcze niemowlęciem), ma dwie starsze siostry: Ofelię (ubustwiająco młodych mężczyzn i lustro) i Dafne (ciągle zatopiona w lekturze), z którymi nieustannie toczy wojnę. Ważną postacią w jej życiu jest także wierny i oddany rodzinie de Luce ogrodnik Dogger i gospodyni pani Mullet, która niestety nie posiada żadnych talentów kulinarnych. No i ojciec dziewczynki, zdziwaczały ekscentryk, zapalony filatelista, który nijak nie potrafi ukoić bólu po tragicznej śmierci żony. Wszyscy oni mieszkają razem w ogromnej, wielowiekowej rodzinnej rezydencji Buckshaw.

Flawię poznajemy z początkiem lata, a akcja powieści toczy się krótko po wojnie, gdy książę Karol jest jeszcze berbeciem (panuje Jerzy VI).  Pewnego poranka, dziewczynka odkrywa w ogrodzie umierającego mężczyznę, którego ostatnim słowem jest łaciński zwrot „Vale!”, czyli żegnaj. I tu zaczyna się przygoda, pierwszy trop, początek zagadki, która zdeterminuje życie dziewczynki. A stawka jest wysoka, ponieważ głównym podejrzanym o zabójstwo nieznajomego jest ojciec Flawii.

„Zatrute ciasteczko” to świetna i na wyraz absorbująca przygoda literacka. Kryminał z intensywnym (nomen omen) smakiem retro, gdzie znaleźć można nietuzinkowych bohaterów oraz wcale niełatwą sprawę do rozwiązania (dzięki ci autorze, za tak rzadkie dziś zjawisko!). Ta książka jest dowodem na to, że pisarz szanuje swoich czytelników, choćby wspomnieć jeszcze liczne literackie konotacje (np. w laboratorium Flawii jest szkielet o wdzięcznym imieniu Yorick) – wspaniała szarada, a poza tym ta ironia! Ten humor!

W tej książce zachwyca wszystko: przekład, literacki kunszt i wydanie (brązowy kolor czcionki, jakże zmyślne rozwiązanie). To lektura dla czytelnika w każdym wieku. I zaprawdę chcę się więcej. Ach, Falwio! Dlaczego odkryłam cię tak późno?! Dlaczego?!

16 komentarzy

    1. Dzięki Kasiu za słowa otuchy – już lepiej! Chociaż jakaś plaga dotknęła nasze domostwo, bo wszyscy chorzy… Dzięki wielkie też za dobre słowo odnośnie recenzji i aż się mordka uśmiecha! 🙂
      A teraz mam chrapkę na drugie tomiszcze Falwii… 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *