Święto, Impreza oraz…”Kultura a polarnictwo, czyli jak zdobyto biegun południowy”

[źródło]
 Ta opowieść budzi przede wszystkim podziw. Zaraz potem grozę. Gdy w roku 1910 kilkunastu śmiałków pod dowództwem kapitana Roberta Falcona Scotta dobija do brzegów Antarktydy, jednym z celów wyprawy jest zdobycie bieguna południowego. Zaraz potem zbadanie fauny i flory tego najbardziej niedostępnego i tajemniczego kontynentu. Przenikliwy mróz, śnieżyce, ciemności, ale też słabe przygotowanie nie ułatwiają zadania podróżnikom. Tym bardziej, że jak się niedługo okaże wśród pretendentów do miana pierwszego, który postawił swą stopę na południowym biegunie geograficznym oprócz zacnego angielskiego dżentelmena jest także inny polarnik Roald Amundsen. Niezmordowany i waleczny Norweg, który dzięki lepszej organizacji, ale też nieposkromionej brawurze wygra w ostateczności tę bezprecedensową potyczkę. I to właśnie jemu przypadnie zaszczyt pierwszego człowieka, który zdobył biegun południowy. Miesiąc przed Scottem 14 grudnia 1911 roku Amundsen wpija flagę Norwegii w miejsce, gdzie umownie oś Ziemi przecina jej powierzchnię. 18 stycznia 1912 roku, gdy dociera tam również angielski kapitan oprócz flagi znajduje tam także list i trochę jedzenia – pamiątki po Amundsenie. Brytyjski polarnik, jeden z wielkich ostatnich, wraz z trójką swoich towarzyszy umiera z głodu i wyczerpania w drodze powrotnej, kilkanaście kilometrów od magazynu z zaopatrzeniem. Scott do końca swoich dni pisze dziennik (odnaleziony później przez ekipę ratunkową), który dla imperium brytyjskiego, ale też dla całego współczesnego świata stanowić będzie świadectwo niezwykłej odwagi.
Wyprawa Roberta Scotta trwała zasadniczo od roku 1910 do roku 1913. Jednym z członków ekspedycji był Apsley Garrard, zwany przez towarzyszy „Wisienką” – „Cherry”. Dwudziestoczteroletni  nieśmiały krótkowidz, który dołączył do zespołu wpłacając na rzecz wyprawy całkiem sporą sumę pieniędzy. Jego relacja „Na krańcu świata” (bardziej adekwatny angielski tytuł „The worst journey in the word”), spisana kilka lat po powrocie z Antarktydy ogłoszona została przez „National Geographic Adwenture” najlepszą książką podróżniczą w historii. Tekst ma charakter bardzo rzeczowy i eksplikacyjny.  Przedstawia obraz polarnej tragedii na różnych płaszczyznach. Jedną z nich jest bardzo osobista próba relacji z tej, jak autor często podkreśla, heroicznej wyprawy na biegun południowy. Jak zauważa: „Podróże antarktyczne rzadko są tak ciężkie, jak się je maluje. Ale ta wyprawa przerasta nasze możliwości językowe: jej groza jest nie do opisania.” Obraz Garrarda przeplatany fragmentami dzienników pozostałych członków ekspedycji, to nie tylko opis dramatycznych, czy jak pisze w wstępie książki Caroline Aleksander „pierwszorzędna tragedia, w najczystszym, arystotelesowskim sensie”, ale także, albo przede wszystkim opowieść o odwadze i poświeceniu. Co warto podkreślić, poświęceniu często wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi.
W tej quasi sensacyjnej relacji ocalałego podróżnika nie brak, mimo wszystko uzasadnionej, emfazy i przesady: „Ciekawy jest ludzki duch, duchowa mobilizacja, a nie to, co się udało, albo czego nie udało się zrobić”. Autor „Na krańcu świata” próbuje tłumaczyć postępowanie i decyzje kapitana, swoich współtowarzyszy traktuje jak półbogów. Sam będą uczestnikiem wyprawy ratunkowej a wcześniej pomniejszej wyprawy tzw. Croziera po jaja pingwina cesarskiego,  doświadcza przenikliwego mrozu, temperatur sięgających -60,5C°, odparzeń i odmrożeń oraz nieludzkiego zmęczenia, którym okupione zostało 2-3 km drogi. Jak zauważa wspomniana już wcześniej Caroline Aleksander: „Czytelnik zaczyna pojmować, że nie chodziło tylko o przetrwanie, lecz o pozostanie wiernym swym ideałom, krótko mówiąc, zachowanie pozy angielskiego dżentelmena. Cherry bał się nie śmierci, tylko załamania, sprawienia kolegom zawodu.”  Każdy z uczestników na pierwszym planie stawia poświęcenie i odwagę. Własne niedogodności są nieistotne. Słowo „dziękuję” i „proszę” stanowi fundament egzystencji bohaterów książki. Pozwala im przetrwać w najtrudniejszych warunkach. I choć wydają się śmieszne w tak ekstremalnych warunkach, według autora, pozwalają przetrwać i zachować tożsamość kulturową.
Ciekawe jest spojrzenie Cherrego. Jak w starym porzekadle – „nie liczy się cel, ale sama droga”. Nie mam wiedzy na temat tego, czy Amundsen zwracał się do swoich współtowarzyszy z równie dżentelmeńską manierą. Jednak jedno jest pewne – jemu się udało. A co udało się autorowi relacji – pewna doza obiektywizmu, która pozwala na weryfikacje założeń wyprawy Scotta. Dostrzegał jej błędy i wypaczenia. Na ostatnich kartach wydawnictwa podkreśla także doskonałe przygotowanie Norwega, ale też zarzuca mu jednokierunkowe nastawienia na cel. Według Garrard ekspedycja brytyjska była bardziej „wartościowa”, gdyż oprócz zdobycia bieguna miała także na uwadze wszelakie badania kontynentu. A co zatem udało się ostatniemu, lecz najważniejszemu bohaterowi tej pełnej pasji i emocji relacji brytyjskiemu kapitanowi – nieśmiertelna sława, którą zyskał dzięki swojej heroicznej postawie. Bo jak się okazuje ona również przynosi pośmiertną chwałę i sławę. I można się stukać palcem w głowę i zadać pytanie „po co i w jakim celu” ryzykuje się własnym zdrowiem i życiem tylko po to (albo aż!), aby na bezkresnej białej i mroźnej pustyni widzieć flagę własnego kraju, lecz z odpowiedzią spieszy już Fridtjof Nansen „Człowiek, który przestaje chcieć zdobywać wiedzę, przestaje być człowiekiem” .

Wszystkie cytaty za: A. Cherry-Garrard „Na krańcu świata. Najsłynniejsza wyprawa na biegun południowy”, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2012.
Za książkę dziękuję portalowi „Lektury reportera”

 
 ***

8 MAJA – DZIEŃ BIBLIOTEKARZA I BIBLIOTEK

[źródło]

 Dinozaur je ma. Kibic Cracovii również. Kot, wędkarz, sołtys, farmaceuta, znaczek pocztowy, tir,  musztarda… Ba nawet masturbacja!  Niech nie dziwi zatem nikogo fakt, że nawet  
BIBLIOTEKARZ ma swoje…. Święto! 

Wszystkim bibliotekarkom i bibliotekarzom w tym szczególnym dniu życzę przede wszystkiej olbrzymiej ilości Czytelników – wymagających, wyjątkowych i oczytanych po pachy. Księgozbioru w wersji borgesowskiej i wypłaty jak w najlepszej rasowej korporacji!

Niech się ŚWIĘTO ŚWIĘCI! 

MUZYKA!


I tak tańczyć jak Boski Bruce…Aaaa! 😉

A środek imprezy zagospodaruje nam boska Florence…

I na jutrzejszego Kaca…

 

6 komentarzy

  1. Agnes –
    lepiej bym tego nie ujęła niż metafora naszej kawalerii. Amudsen to prawdziwy twardziel a Scott przy nim to taki romantyczny marzyciel – niestety ten wariant się w tak ekstremalnych warunków nie sprawdza. Amudsen to prawdziwy mistrz i fachowiec. A pamiętasz może tytuł książki o Amudsenie, chętnie przeczytam 🙂

    Serdeczności 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *